STATEK ZWANY UZDROWIENIEM

Mam na imię Paweł i właśnie mija dziewięć miesięcy od czasu, kiedy niezno-śne prądy życia zepchnęły moją łódkę istnienia na mieliznę. Zanim się tam znalazłem, wichry życia szargały mną bez litości a kursy, które obierałem, miały swój azymut nakierowany niejednokrotnie wprost na skały….

NIE MOZNA UCIEC OD SIEBIE

Chociaż wydawało mi się, że moje ręce mocno i pewnie trzymają ster życia, a mapa, z którą podróżowałem była nakreślona najnowszymi trendami ówczesnego świata, wykształcenia czy myślenia, to niejednokrotnie nie docierałem tak, gdzie chcia-łem. Marny ze mnie marynarz, pomyślałem…Po co mi ten ster, skoro wody życia i tak wiodą mnie tam, gdzie chcą?  I co z tymi latarniami morskimi, tyle ich wkoło lecz której zaufać? A może moja mapa jest nie z tego świata albo może gdzieś są lepsze łódki, takie, które płyną tam, gdzie nasze myśli je poniosą? Może jest na tym świecie jakiś wielki, ogólnie dostępny GPS (z ang. Global Positioning System), który, jeśli się tylko do Niego dostroję, poprowadzi mnie swoją niewidzialną falą ku mojemu przeznaczeniu – najlepszemu z możliwych? Czy jest możliwe, że moja podróż może stać się świadomą a jednocześnie zaskakiwać mnie na każdym kroku, nasycając moje zmysły po brzegi? Dużo było tych znaków zapytania, znacznie za dużo jak na mnie a ja, jak najszybciej chciałem wrócić na pełne morze i zacząć świadomie pływać, podróżować, żyć. W końcu, kiedy moje oczodoły wyschły już z łez, których limit zdawał się być wyczerpany a ciągłe użalanie się nad sobą urągało mojej „marynarskiej” godności, nadszedł czas na męską decyzję rozsypania puzzli mojego życia po raz kolejny, abym tym razem mógł poskładać je od nowa tak, ażeby wszystkie ich części pasowały do siebie i się zazębiały. Nadszedł czas pracy nad sobą, na rozdrapanie starych ran przeszłości i pozwolenie zakrzepłej krwi wspomnień ponownie z nich wypłynąć, by w końcu rany zabliźniły się na nowo, bez śladu. Nadszedł czas na połamanie źle zrośniętych kości decyzji, aby poskładać je od nowa tak, abym nie tylko lepiej poruszał się po ścieżkach tego świata, ale  może i nawet zaczął po nim biegać. Nadszedł czas na wiwisekcję serca, na rzeźbienie ducha.

Z mojej własnej łódki zrzucam kotwicę i zobowiązuję się nie wyruszać w żaden ważny, nowy rejs, aż do ukończenia terapii. To takie nasze wspólne zobowiązanie, które ma nas uchronić przed niekorzystnymi, życiowymi decyzjami, mającymi swe źródło w nieświadomości. Na ten czas przesiadam się na inny statek, gdzie z grupą moich współtowarzyszy tego terapeutycznego wojażu będziemy razem przemierzać głębiny uczuć, zaglądać w otchłanie złości i stawać nago przed światem. Jest to czas wspomnień, łez i wzruszeń, czas intensywnej pracy nad sobą. Mimo powagi sytuacji, bywają też chwile radości i spontanicznych zachowań. Nasza Pani Kapitan prowadzi nas wytrwale przez odmęty wód przeszłości, pomaga omijać ich wiry i naprowadza nasze zbłądzone myśli na tory prawdy, przemierzając wraz z nami ścieżki naszych snów. Wie najlepiej jak nas nakierować na właściwy kurs -kiedyś sama pływała pod tą samą banderą. Jest z nami Ktoś jeszcze, Ktoś niewidoczny, Kto zebrał nas tu i pousadzał w sposób, który z pewnością niejednokrotnie mnie jeszcze zadziwi…

Każdy z nas wie, jak ważny jest dom, ten pierwszy, chciałoby się powiedzieć -port, do którego zawijamy z nieznanego nam bliżej kierunku, wprost z gwiazd, kiedy się rodzimy. To nasze pierwsze gniazdo, które zostało uwite z patyków dziedzictwa naszych rodziców i śliny ich miłości. Czasami jest w nim miło i ciepło. Bywa i tak, że czasami przez szpary między patykami przenika do nas chłód a ślina wcale tak świetnie nie wiąże tych domowych ścian. Czasami w tej ślinie jest tak wiele jadu. Aby jak najszybciej móc zacząć funkcjonować w tym świecie, wyfrunąć z gniazda, by uwić w wkrótce swoje własne, mocne i szczelne gniazdko, Natura wyposażyła nas w mechanizmy chłonięcia nowej wiedzy o tym świecie z niesamowitą szybkością, zwłaszcza w pierwszych miesiącach naszego istnienia. Chłoniemy ją od naszego najbliższego otoczenia – najczęściej od naszych rodziców, tak jak ptaki czy małe tygryski. Chociaż jeszcze nie mówimy i nie rozumiemy nic, co inni do nas mówią, to jednak rozumiemy uniwersalny język tego Wszechświata, który instynktownie każe nam przeżyć. W tym celu nasze młode umysły, obserwując najbliższe otoczenie, nieświadomie wgrywają sobie każdego dnia program, bit po bicie, który w przyszłości utoruje nam drogę do dorosłego i bezpiecznego życia. Niestety, czasami programy te są skażone wirusami myślenia i postrzegania naszych pierwszych opiekunów. Wirusami, które następne pokolenia kopiują i obdarowują siebie nawzajem, paradoksalnie dla swojego dobra – aby przeżyć. Niekiedy można usłyszeć, że ktoś zmarł na dziedziczną chorobę rodzinną. A może raczej powinno się powiedzieć, że zmarł na dziedziczny, pozbawiony refleksji, konformistyczny wirus myślenia czy na skażony sposób postępowania?

Płynąc przez dorosłe życie, nasze wewnętrzne busole prowadzą nas w oparciu o program wgrany nam za młodu dyskietkami słów mamy czy zachowań taty. W dużej mierze patrzymy na świat, trudności czy przyjemności oczami naszych rodziców, przez pryzmat matrycy naświetlonej światłem i ciemnością lat dziecięcych. Mówimy ich językiem, słyszymy ich uszami. Niejednokrotnie, chociaż wzbraniamy się i zaprzeczamy temu, to mimo wszystko czujemy, że tak właśnie jest. Nosimy w sobie lęki przed założeniem swojej własnej rodziny bo ciągle mamy przed oczyma, pozostawiające wiele do życzenia, postawy naszych rodziców. Boimy się, że historia ponownie zatoczy swe koło. Ile to razy zdołaliśmy zawinąć do portu, który w krótkim czasie okazał się być prawdziwym piekłem? Uciekamy z niego jak najszybciej, bo nie tak to sobie wyobrażaliśmy, nie tego chcieliśmy dla siebie. Niebawem przekonujemy się, że kolejny port jest taki sam jak ten, z którego dopiero co uciekliśmy, że gniazda, które zaczynamy wić, rozpadają się zanim jeszcze na dobre powstaną. Że wieje tam pustką i chłodem. Dlaczego nasze łajby życia zamiast płynąc, dryfują, znosząc nas ku kolejnym “trójkątom Bermudzkim”? Dlaczego tak się dzieje i jak to błędne koło przerwać?

Chociaż ból przeszłości jest czasami nie do zniesienia i tak wielki, że nawet na samą tylko myśl o przyjeździe do rodzinnego domu dostajemy konwulsji, to właśnie tam musimy powrócić myślami, aby przyjrzeć się raz jeszcze całej sytuacji, jeszcze raz ją przeżyć, poczuć złość i smutek, gorzkie chwile zaniedbania i znieważenia by w końcu móc zrozumieć, pogodzić się i … przebaczyć. Najpierw sobie, później innym.

image-940x400

Wreszcie nadchodzi czas powrotu do swojego prawdziwego domu – tego, który każdy z nas nosi w swoim wnętrzu. Tego, na który wcześniej nie mieliśmy czasu, próbując za wszelką cenę łatać gniazda innych, zadawalać ich, zaciągając się na nie swoje wojny, nosząc za duże i za ciężkie kamasze. Czas na zrzucenie masek, które, chociaż kiedyś pomagały nam przeżyć, dziś są już zbędne i zaczynają nas uwierać. Powoli same zaczynają kruszyć się i odpadać od naszych tworzy, odkrywając nasze prawdziwe, człowiecze  oblicze. Tancerz i Bidula umierają śmiercią naturalną a z oddali, powoli wyłania się z mgły, niewyraźna jeszcze postać Pielgrzyma. To ktoś świadomy, kto żyje w pełnej symbiozie ze Wszechświatem, zna siebie i ufa Sile Wyższej, jakkolwiek Ją pojmuje. Ktoś, kto ma w sobie powagę mędrca i radość dziecka zarazem. Ktoś, kto zna swą wartość, ale też szanuje każdą inną ludzką istotę i jej prawo do szczęścia, do odrębności. Nadchodzi czas zatroszczenia się o siebie, o swoją łódkę i mapę. Powoli wracam na swoją łódź, podnoszę kotwicę z dna morza. Nadchodzi czas decyzji, nowego rejsu. Właśnie mija dziewiąty miesiąc mojej terapeutycznej podróży – nadchodzi czas narodzin!

Siedząc niejednokrotnie przy suto zastawionym stole, czasami potrzebowałem czegoś, na przykład soli i wiele razy łapałem się na tym, że od razu zaczynałem jej szukać gdzieś daleko od siebie, wierząc z jakiegoś powodu, że musi być gdzieś tam, daleko, na drugim końcu stołu. Kiedy już przeszperałem wzrokiem cały stół, nagle mój wzrok lądował wprost na solniczkę – stojącą tuż przy mojej ręce… Czasami przemierzamy tysiące kilometrów wierząc, że gdzieś tam czeka na nasz szczęście, najlepszy partner, wspaniała praca. Ale najwyraźniej tak czasami ma być, że musimy przemierzyć wiele mil, zedrzeć wiele par butów, aby w końcu odnaleźć to, co da nam poczucie szczęścia i nie przeminie z kolejnym zachodem słońca. Paradoksalnie okazuje się wtedy, że to szczęście, choć tak daleko, zawsze było tak blisko. Że było w nas samych -od zawsze.

Paweł

Ten wpis został opublikowany w kategorii Z MOJEGO OKNA i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *