LIST DO BOGA

Chmury_Bóg

Stwórco,

Piszę do Ciebie ten list z mieszanymi uczuciami, gdyż postrzegam Ciebie jako inny byt i nie mam tyle tupetu aby twierdzić, że piszę do Kogoś, kto słyszy, widzi i czuje tak jak ja. Chociaż jestem dogłębnie przekonany, że zarówno ja, jak i każdy inny człowiek jestem Twoim dziełem o możliwościach, o których byśmy sami siebie nie podejrzewali, to nigdy nie zaryzykowałbym twierdzenia, że stworzyłeś mnie na swój obraz i podobieństwo. Podejrzewam, że gdybym zamiast pięciu zmysłów, które mi dałeś miał ich może 555, wtedy w jakiś pełniejszy sposób i bardziej zbliżony do prawdy mógłbym postrzegać i rozumieć ten Świat i prawa nim rządzące… Ja nawet nie potrafię namalować kwiatka, Ty namalowałeś ich miliony, tchnąłeś w nie życie, upachniłeś je i kazałeś im kwitnąć a później obumrzeć, żeby za rok znowu cieszyły moje zmysły…Jakbym mógł w ogóle podejmować taki czy inny dialog (czy raczej monolog) z Tobą i cokolwiek Ci zarzucać. Jakbym mógł twierdzić, że sworzyłeś mnie na swoje podobieństwo…Mimo to, piszę do Ciebie…

Pamiętam chwile, kiedy byłem młodym chłopcem, a później dorastającym nastolatkiem i miałem wiele żalu do Ciebie, kiedy postrzegałem Ciebie jako groźnego Pana, który bacznie obserwował wszystkie moje uczynki i tylko czekał, aby wymierzyć mi zasłużone baty.

Nie potrafiłem ogarnąć swoim młodym umysłem, jak Ktoś, kto jest czystą Miłością, dawał przyzwolenie na to, co doświadczałem. Traciłem wiarę w Ciebię, kiedy mój dom rodzinny był poligonem nieustających kłótni, walk, wzajemnego obwiniania się, kiedy byłem rozdarty na pół i nie chciałem stawać po żadnej ze stron sporu, bo chciałem żyć w tak zwanej normalnej rodzinie, gdzie jest mama, tata, dzieci i wszyscy znają swoje miejsce w stadzie. Na poligonie na którym wciśnięto mnie w za duże na mnie i za ciężkie kamasze, dano broń i kazano strzelać, podczas gdy ja chciałem pokoju. Wszystko czego wtedy pragnąłem to kilka ciepłych słów od mojego ojca, troche zainteresowania tym, co sie u mnie dzieje, przespana, spokojna noc. Nie mogłem zrozumieć dlaczego to, czego doświadczają nawet zwierzęta, mi nie zostało dane. Dlaczego nawet nie próbowałeś mi pomóc i zostawiałeś mnie na pastwę losu? Dlaczego dałeś mi takiego ojca, albo raczej mnie dałeś ojcu, któremu do niczego nie jestem potrzebny albo wręcz zbędny?

Miałem wiele żalu do Ciebie i poddawałem w wątpliwość Twoje istnienie, kiedy sam cierpiałem, ale też wtedy, gdy obserwowałem bezsensowną śmierć, zwłaszcza małych, niewinnych dzieci i zadawałem sobie pytanie, gdzie jesteś i jak możesz na to wszystko pozwalać, no chyba, że wcale Ci tak na nas nie zależy i jesteśmy tylko jednym z miliona ogniw Twojego łańcucha życia -zwanego ewulucją i którego jedynym celem jest przetrwanie a pojedyńcze jednostki, jak na przykład ja -nie liczą się.

Obserwując świat i sposób w jaki funkcjonuje, coraz bardziej traciłem wiarę w moją i naszą (jako Ludzkość) wyższość nad innymi stworzeniami tego świata. Czułem się jak jedna z najnowszych zabawek w Twoich twórczych rękach, chociaż najnowsza, to przecież ciągle podlegająca tym samym prawom istnienia, co inne Twoje dzieła.

Rozczarowałeś mnie i zasmuciłeś, kiedy coraz bardziej pozwoliłeś mi odbierać Ciebie jako Kogoś, Kto stworzył ten świat, wszystkie stworzenia, przyoblekł je płaszczem zasad i zostawił samemu sobie, byle tylko trwał, bez względu na ofiary w myśl zasady: silniejszy przetrwa bo karawana musi iść dalej lub the show must go on..

Wprowadzieś mnie w zamęt, kiedy moja mama, będąc osobą głęboko w Ciebie wierzącą i praktykującą, miała poważne kłopoty ze zdrowiem zwieńczeniem których były liczne, zagrażające życiu operacje. Tym samym, obserwowałem ludzi niewierzących i niepraktykujących, odnoszącymi sukcesy w życiu osobistym i zawodowym a nade wszystko cieszącymi się nienagannym zdrowiem.

Byłem zły na Ciebie, kiedy zapadłem na nerwicę i przez wiele lat błąkałem się od lekarza do lekarza, budząc się i kładąc spać z potwornym bólem w piersiach, z rozkołatanym, nie mogącym odnaleźć swojego tempa, sercem. Patrzyłem na moich równieśników, którzy palili, pili, nie dbali o siebie, a niektórzy nawet ćpali a mimo to funkcjonowali w Twoim świecie lepiej ode mnie.

Czas mijał…

Czuję i jestem niemal przekonany o tym, że Ty wcale mnie za nic nie karzesz, ale też za nic nie nagradzasz. Ile byłoby obłudy i fałszu w daniu mi wolnej woli a później karaniu czy nagradzaniu za to, co zrobiłem… Nie zmienia to faktu, że poprzez Twoją i moją naturę, sprzyjasz mi we wszystkim do czego dążę  i co służy dobru memu i innych ludzi…

Chcę Ci powiedzieć, że wierzę w Mądrośc, którą Ty podałeś nam na tacy przyniesionej tu na Ziemię poprzez Twoich Posłańców, zwanymi niekiedy Prorokami i jest mi czasami smutno, kiedy patrzę jak została ona rozdarta, zniekształcona, dopasowana do celów chciwych, żądnych władzy ludzi, którzy uzurpowali sobię monopol na prawdę a ich własne przekonanie o ich nieomylności czy byciu lepszym, utrudnia mi drogę do Ciebie. Dlatego zamiast w murach kościoła, częściej znajdziesz mnie wśród tych wszystkich dzieł, które Ty namalowałeś, udzwiękowiłeś i upachniłeś. Ale…przecież Ty wiesz o tym, bo znasz mnie lepiej, niż ja sam…

Moja wolna wola zepchnęła mnie nieraz do bram piekieł i tam mogłem poczuć czym jest ogień piekielny, który dosłownie palił moje ciało. Bywałem też w niebie, ale to tylko takie nieliczne epizody z mojego życia, na codzien jestem tu, gdzie jestem teraz i choćby czytam te słowa, chciało by się powiedzieć – w czyśćcu.

Wiem, że w moich słowach być może jest wiele sprzeczności i trochę niechętnie piszę ten list, bo ciężko jest mi podejmować się czegoś, czego tak na prawdę w ogóle nie ogarniam i mogę jedynie wierzyć, że szczerość moich intencji, brak chęci kontrolowania innych, władzy nad nimi, poklasku czy estymy zbliża mnie do czegoś, zbliżonego do prawdy.  Nie mam pewności, czy Prawda Absolutna w ogole istnieje ale wiem jedno – że poszukiwanie jej, jest dla mnie niezwykłą przygodą, przygodą zwaną życiem.

W moim życiu wiele było tzw. momentów prawdy i jeden z nich pamiętam wyjątkowo dobrze, bo wylał on kubeł zimnej wody na moją gorącą głowę i na to wszystko, jak postrzegałem świat i Ciebie. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy dowiedziałem się, że Św Mikołaj to ciotka przebrana w czerwony kaftan a Aniołek, który podrzucał prezenty pod choinkę -to mama, której refleks troche zaniemógł tamtego dnia a moje sprawne, młode oko zdążyło to wykorzystać aby ostatecznie odkryć, że….znowu byłem naiwny. W konsekwencji, mój świat został obdarty z ostatniej kszty kolorów, które ubarwiały chwile mojego istnienia.  Czas mijał w czarno-białych barwach. Czasami jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że chyba trochę pochopnie zdecydowałem sie na te czarno-białe okulary. Świat, który stworzyłeś ze mną na pokładzie, ciągle mnie zadziwia, zarówno w pozytywny jak i negatywny sposób, ale ja uczę się każdego dnia akceptopwać go takim, jaki jest, a prawda absolutna nie jest mi już do niczego potrzebna, kiedy czuję podświadomie, że podążam we właściwym kierunku. Czasami jestem niemal wręcz przekonany, że na tym Twoim świecie jest więcej Aniołów, Mikołajów i całej tej magii, której tylko mogliby nam pozazdrościć wszyscy bohaterwie bajek Walta Disney’a. Coraz częściej postrzegam Ziemię, jako takie fajne miejsce pod słońcem, gdzie ja żyję i gdzie w dzień i w nocy wszystko w jakiś magiczny sposób mi sprzyja. A Prawda jest…gdzieś tam…i niech tam pozostanie.

Paweł

Ten wpis został opublikowany w kategorii Z MOJEGO OKNA. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na LIST DO BOGA

  1. Anonim pisze:

    Mój Drogi!

    Jesteś Moim dzieckiem i kocham Cię. To bardzo proste. Bez względu na to, co zrobiłeś lub czego nie zrobiłeś, kocham Cię. Znam wieczną duszę, która żyje w Tobie i kocham Cię. Jesteś na tej ziemi, podejmujesz decyzje, starasz się odkryć, co i jak należy robić, jak żyć, jak przetrwać, i zmagasz się. Wiem o tym i rozumiem Cię, są to bowiem codzienne trudy życia. Może jednak być Ci znacznie łatwiej, jeśli tylko zwrócisz się do Mnie. Choć dzień za dniem płynie, a Ty starzejesz się i w końcu umierasz, jednak Twoja dusza nigdy się nie starzeje. Nigdy nie umiera. Twoja prawdziwa osoba, zamknięta teraz w obrębie ciała, będzie żyć na zawsze. Dlatego właśnie nie warto zabiegać o rzeczy doczesne, materialne, cielesne, bowiem któregoś dnia trzeba je będzie zostawić. Natomiast prawdziwą wagę mają sprawy ducha: miłość, życzliwość, współczucie, zrozumienie, dobroczynność. One przynoszą Ci bogactwo – bogactwo w duchu. One dają Ci siłę – siłę w duchu. Kiedy przyjdzie dzień zrzucenia cielesnej szaty, liczyć się będzie jedynie siła ducha. Zatem czyń dobrze. Okazuj miłość. Kochaj swoją rodzinę, kochaj przyjaciół i nieprzyjaciół, kochaj bliźnich. Darz miłością tych, których spotykasz na swojej drodze. Okazuj miłosierdzie, życzliwość, współczucie. A w ten sposób, okazując miłość, pokazujesz Mnie innym. Bowiem Ja, Bóg, jestem miłością i kocham Cię. Pragnę być z Tobą na wieczność. Kiedy dojdziesz do drzwi na końcu drogi, u kresu życia, będziesz potrzebować klucza, aby wejść do Mego Domu, gdzie panuje miłość. Nie musisz jednak zarabiać na ten klucz, po prostu wyciągnij dłoń, a Ja położę go na niej. Tym Kluczem jest Mój Syn, Jezus. W tej chwili podaję Ci ten Klucz, mówiąc: „Może należeć do Ciebie, ponieważ kocham Cię.” To tak, jakbym ofiarował Ci klucz do Mojego skarbca, mówiąc: „Należy do Ciebie, ponieważ Cię kocham.” Tym kluczem możesz otworzyć skarbiec i znaleźć w nim klejnoty. Zatem przyjmij Mój Klucz, Klucz do życia ze Mną na zawsze. Po prostu powiedz: „Tak Boże, pragnę Klucza do życia wiecznego. Pragnę Twojego Syna, Jezusa, Klucza do Twojego skarbca. Przyjmuję Go.” Wówczas na zawsze będzie On należeć do Ciebie. Kocham Cię. Jesteś Moim dzieckiem i daję Ci klucz do Mojego dziedzictwa, Mojego skarbca, Klucz do wieczności! On należy do Ciebie, jeśli tylko Go przyjmiesz.

    Twój Niebieski Ojciec

    • Pawel pisze:

      Czuję, że Ty wcale nie potrzebujesz tego, abym się do Ciebie zwracał o pomoc, to takie ludzkie – „dam ci, ale najpierw poproś”. Nie postrzegam Cię również jako Pana czy Króla – to takie ludzkie przeniesienie na Ciebie z czasów kiedy rządzili nami królowie. W moich oczach jesteś moim Przyjacielem, który wczoraj dał mi już wszystko to, co mógłbym potrzebować jutro i nie oczekujesz mojego proszenia ani tym bardziej ofiary – to takie ludzkie, mitologiczne lub królewskie, ale moim, skromnym zdaniem – nie boskie. Królowie przemijają, przyjaciel jest wieczny.

      W swej przyjacielskiej miłości usiałeś swój bajeczny świat własnymi prawami i dałeś mi wolną wolę. Przyznam, że zepchnęła mnie ona nieraz do bram piekieł i tam mogłem poczuć, czym jest ogień piekielny, który dosłownie palił moje wnętrze. Teraz wiem, jak bardzo oddaliłem się wtedy od siebie, od swojej pierwotnej natury a moje ciało wołało na wszystkie znane mu sposoby, w które Ty je wyposażyłeś, abym powrócił. Byłem butny i uparty a ból trawił resztki mojej wiary w Ciebie i odczłowieczał. Kiedy nie wiele już miałem do stracenia a widmo rychłej śmierci wdzierało się w każdy zakamarek moich myśli, kiedy moja łajba życia zaczynała powoli tonąć, Ktoś niepostrzeżenie zaczął powoli, niewidzialnie przejmować ster mojego życia. Czułem fizyczny opór, ale i pozazmysłowe przekonanie, że powinienem zaufać tej niewidzialnej ręce, że muszę powrócić, powrócić do tego portu, z którego wichry mojej wolnej woli porwały mnie któregoś pięknego, słonecznego dnia na pełne morze a słońce nieznanego, oślepiło mnie. Wtedy Ty zacząłeś usiewać moje drogi znakami, ludźmi i snami. Wiedziałem, że płyniesz ze mną, nie opuszczasz mnie choćby na krok i od czasu do czasu, w kredycie zaufania, pozwalasz mi wstąpić do Nieba – choćby na krótką chwilę… Kiedy tam byłem, nie miałem cienia wątpliwości, że to co czułem, było Czystą Miłością. Nie taką, jaką czują do siebie mężczyzna i kobieta, coś zgoła innego, coś, co przenikało każdy atom mego jestestwa i wyzwalało go z okowów naszej ludzkiej niedoskonałości…tak jakbym przebił się głową ponad chmury i mógł przez chwilę napawać się tym wspaniałym uczuciem błękitnego nieba by w porywie zdziwienia i niedowierzania wyszeptać ciche słowa – ach…to tu jesteś..nie odchodź!
      Wierzę, że jest wiele dróg do Ciebie i w to, że moja jest wyjątkowa – nie dlatego, że moja jest lepsza, lecz dlatego, że jest po prostu moja, szczera, nieskalana imperatywem konformizmu. Kiedy nią podążam, czasami się potykam, ale Twoja niewidzialna ręka niestrudzenie przywraca mnie do pozycji pielgrzyma. Wtedy próbuję użyć wielkich słów, żeby okazać swą wdzięczność ale czuję, że są one zbędne. Może dlatego, że są takie ludzkie…W zamian, moje serce uśmiecha się do Ciebie i Ty o tym wiesz. A ja… idę dalej.

      Pielgrzym – w drodze.

  2. Kubaś pisze:

    Dobrze,że jesteś Boże:)

  3. Cyrano pisze:

    Chciałbym Cię Boże zapytać o coś ważnego jeśli masz czas?
    Pan Bóg uśmiechnął się – moim czasem jest wieczność. Jakie masz pytania?
    Co najbardziej zaskakuje Cię w poczynaniach ludzi?
    Rodząc się jako dzieci bardzo się śpieszą, by dorosnąć,
    a potem tęsknią za dzieciństwem.
    Tracą swoje zdrowie, by zdobyć pieniądze,
    a potem tracą pieniądze, by odzyskać zdrowie.
    Troszczą się o przyszłość zapominają o teraźniejszości,
    w ten sposób nie żyją ani teraz ani w przyszłości.
    Żyją tak jakby nigdy nie mieli umrzeć,
    a umierają z myślą że nigdy nie żyli naprawdę.
    Pan Bóg zamyślił się i dodał od siebie, chciałbym:
    by nauczyli się przebaczać, praktykując przebaczenie,
    by wiedzieli, że kilka sekund zajmuje zadawanie głębokiej rany
    komuś, kogo się kocha, a leczenie tej rany trwa latami,
    by nauczyli się, że nie jest dobrze porównywać się z innymi,
    że dwoje ludzi może patrzeć na tą samą rzecz i widzieć ją inaczej,
    że przebaczając innym, czasami trzeba przebaczyć sobie.

    • Pawel pisze:

      „Remember…there is life before death”

      Wolnym bądź, tak jak ptaki,
      Czuły bądź, nie nijaki,
      Śmiej się na głos, bez powodu,
      Nie patrz w tył, lecz idź do przodu.

      Zdziw się czasem i zapomnij,
      Jak masz żal, to go wypomnij,
      Zawsze głośno, prosto o czy,
      Uwierz w sen- gdy jest proroczy.

      Rób, co robisz i nic więcej,
      Czasem zwolnić znaczy –prędzej,
      Mów „przepraszam”, czasem „proszę”,
      Noś lakierki i bambosze 🙂

      Nie kryj uczuć, nie tłamś w sobie,
      Zachwyć się w swych myślach, w mowie,
      Rzece czasu pozwól płynąć,
      A złym chwilom pozwól minąć.

      Rzeczy małe niech cię cieszą,
      A wstydliwe czasem peszą,
      Z krwi bądź, z kości -nie z plastiku,
      Nie gaś prawdy słów płomyku.

      Czasem wpływu nie masz na nic,
      Nie przekraczaj siłą granic,
      Wodą bądź, co brzegi zrywa,
      Choć uległa -to wygrywa.

      Śmierć się zjawi, chcesz czy nie,
      W dzień lub w nocy, może w śnie,
      Czasem starczy tylko być,
      Zanim umrzesz – spróbuj żyć!

      Nie proś! Uwierz! Masz co chciałeś!
      To co pragniesz -już dostałeś!
      Schyl się, szukaj, patrz, zapukasz,
      Drzwi otworzą to, co szukasz.

      Pawel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *