BYĆ RAZEM

Mam na imię Leszek, jestem alkoholikiem. Po wielu latach trzeźwienia, obecnie na etapie superwizji w zakresie rozwoju osobistego i zawodowego w dziedzinie terapii uzależnień.

images (133) Okres przed 1993 rokiem to czas degradacji mojego życia. Rozpad mojego małżeństwa, rozstanie z rodziną, powrót do domu rodzinnego, ponowne zamieszkanie z matką, czyli zwyczajnie regres. W październiku 1993 podjęcie terapii. To czas budowania życia bez alkoholu, czas zmian przede wszystkim wewnętrznych, w sercu i umyśle, czas pełen zachwytów i poszukiwania sensu życia. Już wtedy wielki wpływ na moje myślenie miało spotkanie z ojcem Ireneuszem Naumowiczem, kapucynem w Zakroczymiu. Jego proste pytania i nieuniknione odpowiedzi w kwestiach wiary, posługi kapłańskiej były motorem do poszukiwanian Siły Wyższej, a tak naprawdę osobowego Boga.Czas do 1996 roku był dla mnie intensywnym okresem trzeźwienia i poszukiwań samego siebie. Klub abstynenta w G., gdzie odbywały się mitingi AA stał się moim drugim domem. Totalna zmiana otoczenia, nowi znajomi, bezinteresowne wsparcie, które od nich otrzymywałem, to wszystko było dla mnie niebywałym odkryciem. Maratony podczas leczenia odwykowego, propozycja pracy w punkcie konsultacyjnym jako wolontariusz, wyjazdy na szkolenia dla pomagaczy do Instytutu Psychologii Zdrowia w Warszawie. Takiego życia nie doświadczałem wcześniej, to był nowy i zupełnie inny świat. Podnosiłem powoli głowę, zaczynałem doświadczać poczucia własnej wartości. To był także czas rehabilitacji zawodowej w zawodzie technika budowlanego, gdzie mówienie o swoim uzależnieniu oraz abstynencji przynosiło szacunek, uznanie wśród pracodawców i współpracowników. Doświadczałem znaczenia życia w prawdzie, bez kłamstw i matactw oraz robienia “szwindli”. Myślałem wtedy iluzyjnie, że wszystko już teraz będzie dobrze, skoro tak zaczęło sie układać. Byłem pewien, że skoro wytrzeźwiałem, będę w stanie zapewnić wsparcie i opiekę oraz pomoc drugiemu człowiekowi.Obecnie od siedemnastu lat jestem w związku z Alicją., mamy 16-letniego syna. Od dziesięciu lat mieszkam w Londynie. Pierwsze lata pobytu w UK to czas załamania mojego trzeźwienia. Jakkolwiek do picia nie wróciłem w dosłownym tego słowa znaczeniu, moje funkcjonowanie pozostawiało wiele do życzenia. W Anglii byłem sam, bez rodziny, wróciły stare nawyki, brak odpowiedzialności za siebie i swoje życie. Tak było do przyjazdu A. i syna, kiedy to cała nasza rodzina zaczęła doświadczać głębokiego kryzysu. Nasz związek zawisł „na włosku”. Kiedy patrzę z perspektywy czasu, widzę że bycie razem nie było przeze mnie postrzegane jako współpraca dwojga ludzi. Wręcz odwrotnie, koncentrowałem się na sobie, oczekiwałem pomocy dla siebie, bo do tego byłem zawsze przyzwyczajony, do karmienia swojego egoizmu, budowania swojego “ego”. Uśmiecham się ze smutkiem na samo wspomnienie takiego myślenia. Całe szczęście, że to już było. Jednak, gdy byłem w takiej kondycji mentalnej i psychicznej poznałem Alę. i zaczęliśmy mieszkać razem. Po roku urodził się Jakub. Byłem dumny, że mam syna, jednak gdzieś w środku odzywał się często niczym nie poparty niepokój. Nie bardzo to wtedy rozumiałem. Dziś myślę, że dobijała się wtedy do mojej świadomości potrzeba odpowiedzialności wobec siebie, wobec syna i Ali oraz moich córek z poprzedniego związku.

Lata do wyjazdu do Londynu to czas dużych zmian, które nazwałbym zmianami bardziej zewnętrznymi, wyuczonymi na potrzeby bycia razem. Z perspektywy czasu widzę skąd brały się we mnie rozterki, bunty i niezgoda. Wiele dobrych rzeczy wziętych z terapii, programu AA, warsztatów nie były tak do końca moje, nie miały jeszcze umocowania w wewnętrznej akceptacji i przyjęciu Boga jako źrodła ładu oraz sensu mojego życia. Nie przyjąłem ich „sercem”. To powodowało frustrację, wybuchy złości i zniechęcenie, poczucie krzywdy oraz niezrozumienie. Czułem się do niczego, doświadczałem niskiego poczucia własnej wartości. Zamknąłem się na Miłość. Trudno mi było patrzeć na Boga jak na kochajacego Ojca. Nie pozwalałem Mu się kochać. Cierpiałem i inni wraz ze mną. Byłem okropny. Dziękuję Bogu, że Alicja i Kuba dzielnie przetrzymali ten czas.

Emigracja to czas, który niepostrzeżenie prowadził mnie do cofania się w swoim trzeźwieniu. Doświadczyłem braku wewnętrznego umocowania dotychczasowych zmian. Ten czas, zmył większość dobrych zachowań i odkrył dość niewygodną prawdę o mnie samym. Ujawnił większość moich przywar, przede wszystkim ogromną pychę i arogancję wobec innych, a tuż przed przyjazdem Alicji i Jakuba do Londynu dużą dawkę niepokoju i niechęci na ich przyjazd. Ujawniły się we mnie obawy, czy poradzę sobie, a jednocześnie czułem podskórnie, że dotychczasowe życie w pojedynkę było wygodne. Jednocześnie docierała do mnie świadomość, że stracę swoją twarz, opiekuna, męża poświęcającego się rodzinie oraz swój stan permanentnej tęsknoty, która nie wymagała ode mnie czynów, łatwiej mi było gadać o miłości niż rzeczywiście kochać. Z perspektywy widzę jak próbowałem w sposób wykrzywiony budować swoją wartość i jak niedojrzale kochałem swoich bliskich, choć tak często mówiłem, że są dla mnie ważni.

Rok 2007 to przyjazd Ali i Kuby. Pokazał mi w całej pełni jakim byłem egoistą, jak myślałem tak naprawdę o sobie a nie o nich. Wtedy nie wiedziałem, że czeka mnie chyba największy kryzys w naszym byciu razem. Alicja przyjechała do mnie inna przemieniona, umiejąca postawić granice, wymagająca, ale spokojna, mówiąca o Bogu jakoś tak dziwnie, jak o przyjacielu i ojcu. To wszystko było dla mnie nie do zaakceptowania. Nie wytrzymywałem wtedy przede wszystkim siebie, konfrontacji ze swoją rzeczywistością, wydobytego na światło dzienne mojego egoizmu. Coraz częściej rozmawialiśmy o rozstaniu, o braku możliwości bycia razem. Przykro mi pisać o tym, ale nie brałem pod uwagę Jakuba i Ali, ich potrzeb i uczuć, swoich obowiązków względem nich i odpowiedzialności. To co miało być piękne i wzniosłe niewiadomo kiedy stało się moją udręką. Zdecydowalem, odchodzę od nich. Jeszcze tylko wyprawa na ostatnie wakacje z synem przed rozstaniem z nimi.


ojciec-i-syn-kayaking-na-rzece-44140564
Wyjazd do Polski z Kubą, ostatnie zakupy przed wyprawą. Gdzieś w środku niezgoda na to wszystko, co się wydarzyło i podtrzymywanie myśli o słuszności podjętych decyzji. Dniestr, kajaki i namiot przez dwa tygodnie razem, ramię w ramię. Otwieranie oczu o poranku, zwijanie namiotu i pakowanie, płynięcie dalej oraz postój. Rozbijanie namiotu, ognisko, wspólne zasypianie. Zwykłe i przyziemne czynności. Prozaicznie niezbędne, mało ważne a jednak tak znaczące. Uświadomiły mi to, co jest ważne oprócz mnie, moich uczuć, moich potrzeb i pragnień. To wtedy dotarło do mnie jak piorun z nieba, że ten młody chłopak potrzebuje ojca, rodziny, że potrzebuje nas obojga. Ja potrzebowałem w jego wieku dokładnie tego samego i nie miałem możliwości aby to dostać. Tata zmarł kiedy miałem 9 lat, był uzależniony od alkoholu i po prostu się zapił. Przypomniała mi się tamta pustka, ból i osamotnienie, niesprawiedliwość losu i okrucieństwo Boga, że zabrał mi ojca. Wtedy, tam nad Dniestrem zobaczyłem, co chcę ofiarować swojemu synowi, wyczekiwanemu, z taką troską kochanemu. Wtedy zapłakałem nad sobą i nim, nad nami, pochyliłem głowę nad całą naszą rodziną. I spokój przypłynął sam. Przyszła akceptacja decyzji o byciu razem z Alą inaczej, bez seksu, w czystości.

w stronę słońcaAktualnie jesteśmy razem, ale inaczej. Współpraca z łaską Bożą pozwala nam wędrować przez życie spokojniej, nie zawłaszczając siebie wzajemnie, szanując swoją odrębność. Tamten czas tak trudny i skomplikowany owocuje dzisiaj. Doświadczam bliskości z kobietą i żoną, jakiej wcześniej nigdy nie znałem. To czas naszych rozmów, otwartości, wyrażania swoich uczuć i opinii bez lęku i ryzyka odrzucenia. To dobry i piękny czas. To czas porozumienia i doświadczania siebie w miłości, ktorą rozumiem już inaczej i której się cały czas uczę. To czas szanowania własnych granic, możliwości kochania żony i syna dojrzalej. Dzisiaj też mamy odmienne zdania na wiele tematów, jednak jesteśmy w stanie rozwiązywać nasze problemy wspólnie dzięki naszej wierze i wartościom chrześcijańskim, wspólnemu patrzeniu w tym samym kierunku. Nie zawsze jest łatwo, zważywszy na fakt, że sprawy związane z uznaniem pierwszego związku jako małżeństwa zawartego nieważnie zwykle dość długo trwają. Jesteśmy więc razem, ale oddzielnie. Trudne doświadczenie. Długo się temu opierałem. Podjąłem. Widzę sens. Dojrzewam.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Z MOJEGO OKNA i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *