POWRÓT DO DOMU

Aga-terapiaDobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”  Antoine de Saint-Exupéry

Agata. Tak było jej na imię. Im bardziej przybywało jej lat,tym bardziej cierpiała. Na dodatek nie rozumiała dlaczego. Nikt jej przecież nie bił, nie maltretował, nie doświadczała przemocy seksualnej…… Nie rozumiała……Była zwyczajną dziewczyną, wychowywaną w dobrej – wydawałoby się – bo przecież katolickiej rodzinie. Mieszkała w małym miasteczku, z którego wyjechała na kilka lat, by skończyć studia. Od tamtego czasu minęło wiele lat. Dziś mieszka gdzie indziej, ma już własną rodzinę i pracę, która jest jej pasją.

***

Siedziały z przyjaciółką w uroczej herbaciarni . Przyjechała  do Krakowa, jak zwykle – na miesiąc. Było upalne lato, sierpień, słoneczne popłudnie. Przypominały sobie, gdy jeszcze przed kilku laty przychodziły tu raz w miesiącu. To był rytuał. Każdy poniedziałek po pracy. Wtedy  Anna  miała wolne od prób w teatrze , a ona – Agata – nie miała żadnych popołudniowych zajęć z pacjentami. To były ważne rozmowy. Pomagały jej rodzić się do nowego, lepszego życia.

– Kiedy myślę o osobach i rzeczach w życiu,które naprawdę kochałam –mówiła  do koleżanki po długim rozstaniu, patrząc z rozkoszą na gustowny wystrój lokalu,w którym siedziały – pojawia mi się wiele obrazów, które siegają najmłodszych lat, a które łączą się z moim domem, rodzicami,podwórkiem i przyjaciółkami,potem z okresem szkoły średniej i studiów, wyjazdem za granicę  i poznaniem ważnych osób,potem czas układania sobie życia 'na swoim’ – aż do teraz,gdy jestem w Londynie…..

– Nie ma rzeczy bardziej odpowiedniej do uzyskania miłości do życia jak zanurzenie się w swoją historię i czytanie jej strona po stronie  – dodała Agata ściszonym,pełnym zaangażowania głosem, rozwijając dalej swoją wypowiedź – naprawdę czuła się słuchana i mogła pozwolić sobie na otwartość w kontakcie z Anną.

– Nie sądzisz,że każdy z nas na tyle żyje, na ile poznaje siebie….? – wyraziła znów swoją opinię.

– Myślę, że piękno w nas nie tylko trzeba odkryć ale i odfałszować…

– Widzimy siebie jak w krzywym zwierciadle…

– Drogą do piękna w nas jest nasza świadomość,a raczej ….Bóg i świadomość,nie sądzisz Aniu?

– Coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego,że ludzka wiedza o człowieku jest pomocna,ale nie jest w stanie pomóc człowiekowi do końca ;nie jest w stanie dotrzeć do głębin naszego Ja….Tam nie dotrzemy o własnych siłach…- kontynuowała patrząc w zadumane oczy przyjaciółki  i przypominając sobie pewną historię ze swojego życia.

***

Jako mała dziewczynka często chodziła do pobliskiego kina,które znajdowało się zaraz po przeciwnej stronie ulicy,na wprost  rodzinnego domu.Uwielbiała kino! Wtedy chodziła  głównie na niedzielne „Poranki” ale czasem zdarzało się,że były ciekawe filmy w tygodniu.

Pewnego razu wybierała  się na jakiś bardzo popularny w tamtym okresie film.Był to film, do którego miała  szczególny sentyment. Od kilku dni z niecierpliwością czekała ,aby znaleźć się już na sali kinowej i usłyszeć dźwięki „Kroniki filmowej”,zwykle rozpoczynającej projekcję.

Tego dnia wracała  ze szkoły przyspieszonym krokiem.

Jeszcze tylko jedna ulica…

Schody na górę do mieszkania na pierwszym piętrze,które rodzice wynajmowali  u państwa Morawskich….

Brązowe drzwi….

A za drzwiami smutna i nieprzyjemna  twarz mamy.

Jej młodszy braciszek był znów chory,miał temperaturę.

W mieszkaniu była atmosfera napięcia i niepokoju.

Mama nie mówiła nic….

Wciąż miała w pamięci klimat,który towarzyszył  jej w tej sytuacji. Doświadczała wielkiego rozdarcia w sobie,jakiegoś takiego dysonansu, bólu… słowem – potężnego konfliktu….

W głowie krążyły myśli – czy powiedzieć szczerze o tym,czego pragnęła gdy wracała ze szkoły, czy nie?

Czy mama ją przyjmie z jej pragnieniami czy odrzuci?

Czy powinna  zostać w tej sytuacji w domu,czy pozwolić sobie na to,żeby zrealizować swój plan?

Czy powinna  starać się by jej potrzeby były zaspokojone,czy poddać się?

Zaryzykowała  szczerość,chciała  pozwolenia na upragnione wyjście….

-Mamo,to tylko 40 min,bo to jeden odcinek i zaraz wracam….

Odpowiedź mamy była przecząca.

– Chyba żartujesz?!Brat chory,a ty po kinach będziesz chodzić? –powiedziała z wyrzutem

Te słowa zabrzmiały jak wyrok….

– Jak możesz prosić o coś takiego?Czy mogłabyś się w ogóle cieszyć gdy twój braciszek jest chory?-dodała mama

Te słowa zapadły głęboko w dziewczęce serce,które wchłonęło mamine słowa jak gąbka…

Mama nie pomogła uporać się z jej kłopotem.Siła dziecięcych pragnień wypchnęła ją jednak do kina mimo wszystko.Najgorsze w tym wszystkim to fakt,że nie była w stanie skupić się na tym,co pojawiało sie na kinowym ekranie… Widziała na nim raczej pełną nieakceptacji twarz mamy i chorego brata…

Wyszła z kina dużo wcześniej,zanim jeszcze skończyła się projekcja,choć nie bardzo wiedziała,co może zrobić aby uzdrowić braciszka….W tamtej chwili zrobiłaby chyba wszystko,aby spowodować by malec był zdrowy…..Wróciła do domu… Towarzyszył  jej  jakiś wewnętrzny zamęt i chaos uczuciowy .Nie wiedziała  co czuje. Miała jedynie pewność,że jeste złą siostrą i złą córką.Taki obraz siebie ukształtowała w niej ta sytuacja.Taką z niej wyciągnęła lekcję dla siebie….Jestem zła…zła….zła….dudniło gdzieś w jej głowie i docierało do serca.Zajęło je całe,jak jakś zaraźliwy,rozprzestrzeniający się okropny wirus.

Wtedy nie rozwiązała  tamtego uwikłania w konstruktywny sposób,bo go nie rozpoznała i nie zrozumiała.Nie „odrobiła tej lekcji dobrze”.Była  zawsze dobrą uczennicą…na jej nieszczęście! Powtarzała potem ten scenariusz z innymi osobami i przez wiele lat. Zmieniały się tylko wydarzenia i uczestniczący w niej ludzie.Jej schemat zachowań ciągle był ten sam.W wieku siedmiu czy ośmiu lat zabrała ze sobą swój konflikt w życie dorosłe i w takim scenariuszu „pisała kolejne lekcje”.Była przekonana, że tak trzeba…Starała się rezygnować z siebie.Bo przecież to było takie ….”katolickie”,chciała naśladować Chrystusa.

Dopiero po latach,gdy zauważyła  odtwarzanie podobnych uczuć i zachowań już nie tylko wobec brata,ale także innych ważnych dla niej osób – mamy,potem męża – odkryła ,że jej umysł próbuje rozwiązać ten problem.Dotarło bowiem do niej,że przedkłada  zaspokajanie potrzeb innych nad swoje własne.Dotarło do niej,że ciągle ważniejsze jest to,aby zadbać o potrzeby innych –nie swoje. Uświadomiła sobie wtedy,że w ten sposób nadal – jak wtedy, gdy wróciła z kina dla mamy i brata  –  próbuje przekonać innych,że jest dobrą córką,że jest dobrą siostrą.Dobrą tylko wtedy,gdy z siebie rezygnuje  i dba  o sprawy innych! Nauczyła się więc rezygnować z siebie po to, aby doświadczyć jakichś ochłapów miłości i akceptacji z zewnątrz.Uświadomiła,że nauczyła  się zabiegać o miłość i że nie ma to nic wspólnego z dojrzale rozumianym chrześcijaństwem. Wręcz przeciwnie-coraz to bardziej oddalała się od prawdziwego życia,od Miłości.

Powiedziała w końcu sobie-wystarczy już tego.Stop.Wykrzyczała to nawet.

Nie chcę już tak!

Nie potrzebuję zarabiać na miłość!

Jestem w porządku taka jaka jestem!

Nie chcę opuszczać siebie i swojego życia!

Przecież tylko za swoje życie jestem odpowiedzialna!

Chcę być szczęśliwa!

Mam do tego prawo!Więcej-to mój moralny względem siebie obowiązek!

To było przejście…

Znalazła  się po drugiej stronie.

Wróciła  do siebie. Wróciła do swojego prawdziwego DOMU.

Od tej pory stara się żyć po nowemu.

Na wydarzenia,które są jej udziałem i osoby,które spotyka  stara się patrzeć obecnie nowym wzrokiem…Stara się na nie patrzeć oczami serca.

Czy uwierzycie jednak, że ta właśnie perspektywa umożliwia także pełniejsze popatrzenie na lata życia, ktore przeżyła? Bardzo ceni sobie taką postawę i korzysta  z niej.Bez niej nie byłaby zapewne dzisiaj w tym właśnie miejscu;za to w miejscu,w którym by się znalazła byłaby zupełnie inną osobą,niż jest dzisiaj.

Podoba się jej powiedzenie:”Kto zrozumiał,ten już wie” .

Wystarczy przestać patrzeć na różne wydarzenia w naszym życiu tak,jak człowiek do tego od dawna już przywykł.

Wystarczy na chwilę popatrzeć na sytuacje i zdarzenia przez pryzmat uczuć małej dziewczynki,która do niedawna jeszcze siedziała cichutko w zakamarkach  skowyczącego z bólu serca,czekając na przyjęcie.Nie wiedziała,że może ją przecież przyjąć sama i dać jej pozwolnie na to,aby realizowała swoje pragnienia i marzenia.

Wiele takich opuszczonych,nie przyjętych dzieczynek w sercach kobiet, z którymi przychodzi jej spotykać się  w swojej pracy zawodowej.Pomaga im budzić je ze snu…

Ważne jest w tym wszystkim,aby pamiętać,że obudzone dziewczynki(chłopcy zrestą także!) poza  pięcioma zmysłami,które są nam znane potrzebują jeszcze jeden.

Szósty.

Wzrok serca.

A kto potrafi tym szóstym zmysłem się posługiwać,ten umie zobaczyć także cały świat – swoich bliskich – od razu inaczej. Szczególnie,gdy patrzy na nich w perspektywie celu naszego życia….

Patrzy więc w sposób nowy.

W wyostrzony sposób.

A co było niezrozumiałe,być może z czasem stanie się jasne i klarowne,a wszystkie puzzle powpadają w odpowiednie miejsca.

 

Elżbieta N.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Z MOJEGO OKNA i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *